|
17 września 2007
Żenujący kabaret z pokerem w tle!
Właśnie tak w
telegraficznym skrócie można nazwać to, co dzieje
się w ramach trwającej obecnie kampanii wyborczej do
parlamentu. Intrygi, oskarżenia, pomówienia w
mediach, haki, kwity, wojna plakatowa na
billboardach, a na deser międzypartyjne transfery
osobowe. I ponoć wszystko to w obronie zagrożonej
demokracji i dla dobra Polski. Prześcigają się w tym
wszystkie partie bez wyjątku. Jednakże w całym tym
wyborczym zgiełku zupełnie brakuje tego, co
najważniejsze: merytorycznej dyskusji na programy,
rzetelnej oceny dotychczasowych błędów i osiągnięć,
a nade wszystko czytelnych metod, którymi należałoby
sytuację w kraju poprawiać. Zamiast tego po raz
kolejny oferuje się nam banalne ogólniki i
pompatyczne hasła oraz wojny personalne, wzniecane
zresztą przy okazji wszystkich wyborów. A sytuacja
gospodarcza Polski i społeczna obywateli jak sięgała
dna, tak sięga. Na otarcie łez partie oferują nam
jedynie krótkotrwały bardzo żenujący kabaret
wyborczy.
Równolegle do tej
zewnętrznej farsy kampanijnej toczy się zupełnie
inna gra. Jest nią polityczny poker rozgrywany za
zamkniętymi drzwiami przez zasiedziałe kliki
pseudopolityków. To, na czym ten poker polega,
możemy łatwo zrozumieć biorąc pod lupę na przykład
Platformę Obywatelską. Jej lider Donald Tusk wraz ze
swoim wpływowym otoczeniem idealizują w mediach
wizerunek PO jednocześnie obwiniając pozostałe
ugrupowania za całe zło, z jakim społeczeństwo
polskie ma do czynienia. W jego ocenie tylko
Platforma zrzesza domniemanych cudotwórców, którzy
potrafią nas skutecznie uszczęśliwić. Wszyscy
pozostali są „be”. Aby przekonać się o tym, jak
banalne są te deklaracje liderów PO i jak mają się
do rzeczywistości, wystarczy wnikliwie przyjrzeć się
tej partii, a zwłaszcza personalnej obsadzie list
wyborczych.
Zdecydowana
większość umieszczonych tam osób uznawanych za
lokomotywy wyborcze Platformy to przereklamowany i
przeterminowany zespół wzajemnej adoracji. Klika,
która dobro obywateli buduje już od kilkunastu lat i
jakoś oprócz dobra własnego nic innego nie potrafi
zbudować. Jedną spośród wielu takich twarzy PO jest
Stefan Niesiołowski. Człowiek, który od kilkunastu
lat zmieniając jedynie barwy partyjne (ZChN, AWS,
PO) przemierza posadzki parlamentarne tylko po to,
aby obrzucać innych epitetami i szyderstwami.
Człowiek, który najwyraźniej pomylił powagę
parlamentu z osiedlową piaskownicą. Jego zasługi
polityczne zostały już raz poważnie zweryfikowane
przez społeczeństwo. Miało to miejsce po wybitnych
osiągnięciach w pracy parlamentarnej jako członka
AWS-u w latach 1997-2001. Został wykopany z Sejmu
razem z Buzkiem i całym AWS-em. Nie przeszkodziło mu
to wcale, aby za sprawą Tuska i jego świty wskoczyć
na listy wyborcze PO i tym samym pozbawić szans
wyborczych jakiegoś młodego i nowatorsko myślącego
polityka tej partii. Podobnie rzecz ma się z Jerzym
Buzkiem i innymi weteranami zaliczanymi do tego
zamkniętego kręgu. Inną całkowicie bezużyteczną
grupę „polityków” stanowią znani przedstawiciele
showbusinessu i sportu werbowani na gorąco dla
populistycznego podreperowania wyniku wyborczego. W
przypadku PO taki akcent stanowią między innymi
Kazimierz Kutz oraz werbowana żona Adama Małysza.
Tego typu zagrywki mają na celu usadowienie w ławach
parlamentarnych licznej i stałej elity kosztem całej
rzeszy polityków i społeczników. Kosztem tych,
którzy latami ciężko pracują tworząc skuteczne
programy, a których potem nie są w stanie wdrożyć,
bo nie dopuszcza się ich na listy i nie promuje.
Problem ten nie dotyczy tylko Platformy, lecz
obejmuje również i inne ugrupowania. Od lat stałym
efektem takiej polityki jest to, że tę wpływową
część parlamentu stanowi zamknięty krąg ludzi,
którzy od kilkunastu lat, a w niektórych przypadkach
nawet od kilkudziesięciu, grzeją sobie d…. w
parlamentarnych ławach inkasując jednocześnie
pokaźne kwoty pieniędzy a nam stwarzając opłakane
warunki życia.
Zjawisko
zadziwiające tym bardziej, że przywrócenie w Polsce
systemu demokratycznego miało gwarantować obywatelom
skuteczne wyeliminowanie trwałości rządów jednej i
tej samej ekipy. Szczególnie w sytuacji, kiedy brak
będzie pozytywnych efektów rządzenia tej ekipy. Czy
oznacza to, że pomimo ciężko wywalczonej demokracji
dziś świadomie rezygnujemy z jej przywileju?
Przecież nawet za czasów totalitaryzmu
peerelowskiego potrafiliśmy społecznym buntem
zmieniać elity władzy przynajmniej co 10 lat.
Doświadczenia z tamtych lat uczą również, że
pierwsze kilka lat po takiej wymianie ekipy u władzy
sytuacja życiowa przeciętnego obywatela ulegała
znacznej poprawie, przynajmniej do czasu, kiedy nie
nastąpiło ponowne zasiedzenie. Może warto zatem
przypomnieć sobie tamte doświadczenia i odważyć się
na wymianę zasiedziałych i przebarwiających się
nieudaczników politycznych, zastępując ich nowymi,
takimi, którzy potrafią w tym kraju zmienić coś na
lepsze? Wystarczy tylko nieco zmienić nasz sposób
głosowania, a skutek osiągniemy bardzo łatwo. Na
czym polegać ma ta modyfikacja głosowania? O tym
dowiecie się już za parę dni.
DudWoj
●
|